Maciej Brzeziński: Retro kryminały mają się całkiem dobrze i są chętnie czytane

– Kryminał retro musi być wiarygodny, ale aby takim się stał, musi zostać umieszczony w odpowiednim kontekście społeczno-obyczajowym. Innymi słowy, czytelnik musi „czuć” epokę i wiedzieć, że autor zna świat, przez który go prowadzi – mówi Maciej Brzeziński, autor „Junkra”, którego premiera już 5 maja 2026 r.
Jaka jest historia – nomen omen – Pana drogi pisarskiej?
To była bardzo długa historia. Od lat lubiłem pisać, ale były to głównie teksty popularyzujące historię. Nie będę nawet udawał, że od dziecka marzyłem o pisaniu powieści, bo tak nie było. Ten pomysł dojrzewał we mnie przez kilka lat, aż w końcu podjąłem decyzję, aby spróbować swoich sił w beletrystyce. Nie ukrywam, że moja żona, Olga, namawiała mnie do tego i to jej, w głównej mierze, zawdzięczam, że w ogóle zdecydowałem się na napisanie pierwszej powieści. Było to akurat w czasie pandemii, kiedy, siłą rzeczy, zalecano zmniejszenie aktywności na zewnątrz, ale z drugiej strony dało dobry impuls do rozpoczęcia przygody z pisaniem.
W jaki sposób pracuje Pan nad fabułą?
Przyznam, że to najtrudniejsza część całego procesu twórczego. Wymyślenie zabójstwa lub kilku, zaplanowanie śledztwa i kolejności, w jakiej odkrywać się będzie następne tajemnice, to trudne zadanie. Do tego cały czas trzeba pilnować, aby historia była spójna, logiczna, a przy tym prawdopodobna, bo inaczej straci wiarygodność. To długi proces, który zaczyna się od pomysłu i nie kończy się nawet po napisaniu magicznego słowa „koniec” na ostatniej stronie. Dopiero po wielokrotnych poprawkach i redakcji, kiedy książka jest wysyłana do wydawnictwa, można mówić o zakończeniu pracy nad fabułą.
Jak kreuje Pan bohaterów swoich książek?
Co do bohaterów, to ich wykreowanie wydaje się być łatwiejsze niż zaplanowanie fabuły. Według mnie, główny bohater prowadzący śledztwo musi wykazywać się odpowiednimi predyspozycjami do tej pracy. To znaczy, musi być inteligentny, spostrzegawczy, ale przede wszystkim „ludzki”, czyli niewolny od wad i słabości. Nie jest nieomylny, czasem popełnia błędy, nie jest typem superbohatera, ale też niekoniecznie musi być „wrakiem” przygniecionym przez los i ze złamanym życiem osobistym, w dodatku zmagającym się z nałogami. Przyzwyczailiśmy się, że genialny śledczy sam rozwiązuje zagadki kryminalne, wzorem Sherlocka Holmesa, Herkulesa Poirot, czy detektywa Marlowa. W rzeczywistości, nad śledztwem pracuje cały sztab ludzi, choć oczywiście ktoś tym zespołem kieruje. W moich książkach protagonista także ma takich ludzi, którzy służą mu pomocą, czasem podsuwają rozwiązania, czy wyręczają go w niektórych kwestiach, ale to on ostatecznie demaskuje mordercę. Czytelnik musi mieć świadomość, kto prowadzi śledztwo, a kto jest wyłącznie pomocnikiem.
Pańska praca zawodowa pomaga w tych literackich kreacjach?
Pracuję w Instytucie Pamięci Narodowej, gdzie prowadzę Katalog Osób „Rozpracowywanych” przez organa bezpieczeństwa PRL. Najogólniej rzecz biorąc, przeprowadzam kwerendy źródłowe w zasobie archiwalnym IPN. Ta praca i umiejętności, które dzięki temu nabyłem, pomagają mi podczas researchu. Powiem więcej, wiedza zdobyta podczas wieloletniej pracy na rzecz Instytutu, przydała mi się podczas pracy nad książką, którą piszę obecnie. Nie chciałbym za dużo zdradzać, powiem tylko tyle, że będzie to współczesny kryminał, ale z odniesieniami do historii najnowszej.
Co autorowi już trzeciego tytułu sprawia największą przyjemność w pisaniu książek?
Największą przyjemność, oczywiście poza samym pisaniem, sprawiają mi prace redakcyjne, kiedy książka jest już napisana, ale wymaga szeregu poprawek. Wiem, że wielu pisarzy akurat tego etapu nie lubi, ja – przeciwnie. Kiedy piszę, staram się napisać jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Dopiero kiedy pracuję nad gotowym już tekstem, mam czas zastanowić się, czy aby ta lub inna scena jest potrzebna, czy przydałoby się coś jeszcze dodać, lub skrócić. Mogę do woli cyzelować zdania, opisy i dialogi, aby brzmiały bardziej naturalnie. To czysta przyjemność.
O czym jest „Junkier”?
„Junkier” to kryminał retro z akcją w Poznaniu, Śremie i okolicach rozgrywający się w 1890 roku. Protagonistą jest komisarz kryminalny Gottfried Langer, który ma za zadanie wykryć sprawców kilku zabójstw. Ofiarami mordercy padają osoby, których z pozoru nic nie łączy z wyjątkiem przeszłości i pewnego artefaktu, odnajdywanego na miejscu przestępstwa. Oczywiście Langer kieruje śledztwem, ale pomaga mu w tym zespół ludzi, niekoniecznie tylko policjantów, których wkład w ostateczne rozwiązanie zagadki jest spory. Bez nich, wykrycie sprawcy byłoby trudne, ale raczej nie niemożliwe.
Skąd pomysł na uczynienie głównym bohaterem komisarza pruskiej policji, który jednak nie jest „polakożercą”?
Innej policji, poza pruską, w Poznaniu wówczas nie było. Policjant miał większe możliwości działania niż cywil. Oczywiście, wśród niższych funkcjonariuszy policji znajdowali się także Polacy lub ludzie o polskobrzmiących nazwiskach, o czym świadczą „Księgi adresowe miasta Poznania”, ale kadra oficerska była wyłącznie niemiecka. Langer miał za sobą trudne dzieciństwo i młodość, ale może właśnie dlatego nie ma uprzedzeń w stosunku do Polaków, choć pozostał pruskim czy szerzej, niemieckim patriotą. Czyniąc go protagonistą, chciałem pokazać, że nie każdy pruski urzędnik czy policjant był „polakożercą”, choć takich nad Wartą oczywiście nie brakowało. Jednym z pomocników komisarza jest polski posterunkowy, Robert Obarymski, którego Langer bardzo ceni, a jego nieskrywane przywiązanie do polskości nie tylko mu nie przeszkadza, ale je wręcz szanuje.
Kim jest tytułowy junkier?
Nie chciałbym zdradzać za dużo, aby nie psuć czytelnikom lektury książki. Najogólniej rzecz biorąc, junkrzy to wielcy właściciele ziemscy w Prusach i ziemiach przyłączonych do Prus. Stanowili oni elitę polityczną i wojskową, a także główną podporę monarchii Hohenzollernów. W swej większości byli przeciwnikami liberalizmu, zwolennikami twardego kursu wobec Polaków i innych mniejszości narodowych w państwie pruskim, a później Cesarstwie Niemieckim. Kojarzyli się powszechnie z tępym militaryzmem, pruskim nacjonalizmem i ksenofobią. Nic dziwnego więc, że nie zapisali się złotymi zgłoskami w dziejach naszego kraju. W zaborze pruskim wiele majątków ziemskich należało do rodzin junkierskich, w tym do Schönebergów, z których wywodził się tytułowy junkier.
Nie stroni Pan też od wątków społecznych i obyczajowych. W jakim celu umieszcza je Pan w „Junkrze”?
Kryminał retro musi być wiarygodny, ale aby takim się stał, musi zostać umieszczony w odpowiednim kontekście społeczno-obyczajowym. Innymi słowy, czytelnik musi „czuć” epokę i wiedzieć, że autor zna świat, przez który go prowadzi. To niezwykle ważna sprawa, wręcz kluczowa dla tego podgatunku literatury kryminalnej. Najmniejszy błąd w opisie miasta, ulicy czy budynku nie wspominając już o technice, ubiorze, czy choćby kulinariach, może dyskwalifikować książkę i autora. Ważny jest też język. Inaczej porozumiewały się elity, inaczej robotnicy. Trudno sobie wyobrażać dorożkarza czy stróża, który mówi jak profesor uniwersytetu czy arystokrata. Dzisiaj te różnice nie są może aż tak bardzo widoczne, ale w tamtych czasach były znaczące.
Proszę zdradzić kilka spraw, którymi żył Poznań pod koniec XIX wieku.
W roku 1890, kiedy toczy się akcja „Junkra”, mieszkańcy Poznania i to nie tylko Polacy, ale przede wszystkim Niemcy, żyli dymisją kanclerza Ottona von Bismarcka, człowieka, który zjednoczył Niemcy „krwią i żelazem”, ale Polakom kojarzy się głównie z germanizacją. Po Bismarcku, nowym kanclerzem II Rzeszy został Leo von Caprivi, człowiek dużo bardziej umiarkowany niż „żelazny kanclerz”. Jego czteroletnie rządy (1890-1894), nazwane „erą Capriviego”, charakteryzują się znacznym złagodzeniem kursu germanizacyjnego. Wprowadził on też szereg reform socjalnych i rozwijał niemieckie imperium kolonialne w Afryce i Oceanii. W 1890 roku unieważniono ustawy antysocjalistyczne, pozwalając legalnie działać partiom socjalistycznym, o ile nie będą dążyć do rewolucji. Już w następnym roku, odbył się w Poznaniu pierwszy pochód pierwszomajowy, choć socjaliści nie cieszyli się w tym mieście sympatią ani nadmiernymi wpływami.
Nie samą polityką żyli Poznaniacy pod koniec XIX stulecia.
Tym, co przyciągało powszechną uwagę był sport oraz rozwijająca się kultura masowa. W dni wolne od pracy, mieszkańcy grodu nad Wartą przychodzili tłumnie do podmiejskiej wówczas Dębiny. Przy tak zwanej „Drodze Dębińskiej”, już w pierwszej połowie XIX wieku powstały etablissement, czyli „ogródki rozrywkowe”, noszące nieco pretensjonalne nazwy, jak: „San Domingo”, czy „Columbia”. Można było tam nie tylko coś zjeść i wypić, ale i posłuchać koncertów muzyki popularnej, potańczyć, zagrać w bilard, kręgle, obejrzeć występy cyrkowe oraz spektakle amatorskich grup teatralnych. Sporą uwagę przyciągnęły też wyścigi konne oraz nowa dyscyplina sportu, jaką była piłka nożna. Poznaniacy w ogóle pokochali sport. Pod koniec XIX stulecia, działało w mieście kilkanaście klubów rowerowych i tenisowych, zrzeszających zarówno kobiety jak i mężczyzn. Powstały też pierwsze stowarzyszenia wioślarskie, początkowo tylko niemieckie, ale z czasem także Polacy zaczęli ścigać się na Warcie. Wielką sensacją było pojawienie się nad miastem balonów, a później także sterowców.
Dlaczego zdecydował się Pan historię opisaną w „Junkrze” ubrać w ramy kryminału?
Uważam, że dzięki formie powieściowej, łatwiej zainteresować czytelników dziejami miasta, choć ciągle muszę pamiętać, że piszę powieści, a nie przewodniki po dawnym Poznaniu i nie mogę przesadzać z ilością opisów i faktów z jego historii, aby nie zaburzać tempa akcji. Staram się także skoncentrować na życiu codziennym Poznania pod zaborem pruskim, a nie na antagonizmie polsko-niemieckim, choć nie uciekam od konfliktów na tle narodowościowym.
Kilka lat temu podczas Poznańskiego Festiwalu Kryminałów „Granda”, jeden z zaproszonych ekspertów, obwieścił koniec mody na kryminały retro, tymczasem popularność książek Marka Krajewskiego, Ryszarda Ćwirleja, Krzysztofa Bochusa, Tomasza Duszyńskiego, Joanny Ufnalskiej, Idy Żmijewskiej czy duetu: Piotr Tarczyński i Jacek Dehnel, ukrywających się pod pseudonimem „Maryla Szymiczkowa”, świadczą o tym, że retro kryminały mają się całkiem dobrze i są chętnie czytane. Nie oznacza to, że mam zamiar ograniczać się wyłącznie do kryminałów-retro. Obecnie piszę współczesny kryminał i świetnie mi się nad nim pracuje, o czym już wspominałem.
Dla kogo jest ta książka?
W zasadzie jest to książka dla miłośników kryminałów retro, historii i obyczajowości dziewiętnastego wieku oraz osób zainteresowanych Poznaniem, choć oczywiście, nie tylko dla nich. Polecam tę książkę również tym, którzy liczą na nietuzinkowych bohaterów. Starałem się, aby takich w książce nie zabrakło.
Kto – poza Langerem – może się spodobać czytelnikom?
Sądzę, że młody posterunkowy Robert Obarymski, jeden ze współpracowników Langera, który wbrew najbliższym, zdecydował się zostać policjantem, ale nawet na moment nie zapomina o swojej polskości. Myślę, że swoich sympatyków będzie miała także rodzina Kolanowskich, na czele z głową rodziny, Kazimierzem, antykwariuszem-samoukiem, wybitnym znawcą dzieł sztuki i starodruków, żywym przykładem poznańskiej idei pracy organicznej, człowiekiem wyznającym wartości kojarzone do dziś z Poznaniem, jak: pracowitość, przedsiębiorczość, samodyscyplina i oszczędność. Jedna z jego córek, Laura Izabella, to z kolei zdolna uczennica słynnej pensji Anastazji Warnki. Jest zwolenniczką idei emancypacji kobiet, a przy tym dziewczyną nieco krnąbrną, przekorną, przez co jest skonfliktowana z konserwatywną matką. Nie ukrywam, że moją ulubioną bohaterką „Junkra” jest Madame Lotte Härtel, kobieta obdarzona nie tylko urodą i wdziękiem, ale i inteligencją, pewnością siebie i siłą charakteru, choć nie brak jej cynizmu. Prowadzi ekskluzywny salon dla mężczyzn w swojej poznańskiej willi. Dzięki własnym aspiracjom, a nade wszystko wdziękom, przekształciła się z córki mieszczanina w ozdobę salonów całej Europy i zdolną bizneswoman.
Na jaką refleksję czytelników Pan liczy po lekturze „Junkra”?
Liczę na dobre przyjęcie tej powieści, bo chciałbym, aby „Junkier” był pierwszą pozycją większego cyklu powieściowego z komisarzem Gottfriedem Langerem w roli głównej. Jeśli wywoła dyskusję nad kwestią koegzystencji Polaków i Niemców w dziewiętnastowiecznym Poznaniu, to będę w pełni usatysfakcjonowany.
Rozmawiał Przemysław Radzyński | Wydawnictwo Niebieskie
„Junkier” dostępny w przedsprzedaży.
ostatnie wiadomości

Marcel Frątczak: „Zamglone” to historia, która zrodziła się w sporych emocjach

Maciej Brzeziński: Retro kryminały mają się całkiem dobrze i są chętnie czytane

Spotkanie z Kazimierzem Kmiecikiem i autorami jego biografii w Myślenicach

„Zamglone” Marcela Frątczaka nominowane do Plastrów Kultury 2025

